Nagość – czyli jestem pruderyjna

W ciągu ostatnich dni natknęłam się na kilka artykułów i wpisów blogowych dotyczących zjawiska jakim jest nagość dzieci. Zwłaszcza małych. Wszystkie pisane w kontekście zagrożenia pedofilią i w związku z higieną w sytuacji siadania gołym zadkiem na piasku. Zgadzam się w 100% z tym, że piasek na plaży, a tym bardziej trawa nad jeziorem pełne są tego wszystkiego co nie koniecznie chcemy aby nasze dziecko miało poprzyklejane do swojego ciała. Z wszechobecnymi pedofilami fotografującymi nasze dzieci bym nie przesadzała, ale ok, dmuchajmy na zimne, bo wszędzie jakiś zbok może się trafić.

Ja jednak mam jeszcze jeden powód dla którego nie zgadzam się na nagość dzieci w przestrzeni publicznej. Chodzi mi o szacunek, dla dziecka – kto z nas chciałby być wystawiany nago na widok publiczny? No, dooobra, wiem, są i tacy, ale generalnie wolimy sami decydować o tym czy występujemy przed innymi „w gaciach” czy nago. Dlaczego więc dziecko mam prezentować saute? Bo takie słodkie tłuściutkie i w ogóle do schrupania? Super, ale w domu!

Jak już o szacunku dla nagości dziecka – jestem przeciwko „wysikiwaniu” dzieci publicznie! Oczywiście też mi się zdarza, ale idę w krzaczory, albo chociaż za drzewo. Daję dziecku sygnał, że załatwianie potrzeb w plenerze się zdarza, ale należy nieco się z tym ukryć. Nigdy nie wystawiłam dupki mojego dziecka publicznie. Kiedyś widziałam scenkę – bliźniaczki na oko 4 letnie, w grubych okularach, trochę niezborne ruchowo – prawdopodobnie chore. Rodzice „wysikali” obydwie na trawnik w centrum lubelskiej starówki, wokoło mnóstwo ludzi i te dwie dziewuszki trzymane nad trawą, nie trzeba było być pedofilem, żeby się przyglądać, po prostu nie dało się nie widzieć – było mi ich po prostu szkoda.

Skąd mi się to wzięło? Nie wiem, w domu rodzice nie robili wielkiego hallo z nagości, zwłaszcza mama, nie miała problemu przy przebieraniu się przy nas, ja też nie mam z tym kłopotów, zwłaszcza, że jestem matką ciągle karmiącą. 🙂

Jednak zupełnie inaczej przedstawia się moim zdaniem nagość w przestrzeni publicznej. Tam się krępuję! Na basenie przebieram się w kabinie, bo tak mi się podoba. Nie robię afery jak ktoś obok woli przebierać się publicznie – zwłaszcza jeśli nie ma w pobliżu dzieci. Wszystko jest dla ludzi. Problem pojawia się kiedy mówię lub piszę, że publiczna nagość nieco mnie razi. W wykonaniu płci obojga. Napisałam kiedyś na jakimś forum, że nie podobało mi się kiedy w ciasnej i zatłoczonej szatni jakaś kobieta wykonywała takie ewolucje smarując się balsamem, że widziałam jej wszystkie „otwory”. Dowiedziałam się, że jestem pruderyjną dziunią, bo nagość w basenowej szatni jest normą. Jak dodałam, że nie odpowiadał mi widok nagiego faceta na ogólnodostępnej plaży (niemieckiej) to też okazało się, że ze mną coś jest nie tak. Nagość w saunie – ok, na plaży nudystów – super, basenowy prysznic – nie ma problemu, mignięcie nagim ciałem w szatni – tak, ale nie zmuszanie mnie do oglądania nagiego ciała, bo akurat komuś chce się paradować nago po szatni czy plaży. OK jestem pruderyjna, zgadzam się, jestem zaściankowa, nie wystawiam ani siebie ani moich nagich dzieciaków na widok innych.

Tłumaczę czym jest skromność i dlaczego części intymne są intymne, tylko jak to zrobić, kiedy na piasku siedzi nagi bobas?