Poświęcenie – też tak masz?

Czytałam ostatnio książkę o ojcach (Ojcowie szóstego levelu), którzy z własnej woli zostają na urlopach rodzicielskich i zajmują się dziećmi – swoimi oczywiście. Oni czują się z tym dobrze, ich żony/partnerki też, a czytelnik powinien podziwiać ich poświęcenie.
Słowo „poświęcenie” pojawia się wielokrotnie tej książce – w kontekście rodziny i dzieci, rzadziej w stosunku do pracy. Wychodzi więc na to, że bycie rodzicem kosztuje więcej niż praca zawodowa.
I tu zaczęłam się zastanawiać – czy ja się poświęcam dla swoich dzieci?

Generalnie samo słowo brzmi mi źle – poświecenie – czyli co?

czyn ofiarny, pełen bohaterstwa i samozaparcia; też: gotowość do ponoszenia ofiar»
poświęcić czyli -oddać coś komuś lub jakiejś ważnej sprawie lub zrezygnować dla nich z kogoś, z czegoś»

Czy naprawdę mogę użyć tego zwrotu w kontekście rodzicielstwa?
Spędzając czas z dziećmi czasem rzeczywiście wolałabym robić coś innego – chociażby leżeć w hamaku i czytać książkę. Ale czy to poświęcenie? Dzieci rosną szybciej niż nam się wydaje, ledwo co się urodziły, a już są samodzielne (w miarę). Jeszcze chwila a nie będą pozwalały prowadzić się za rękę i cmokać w szkole na pożegnanie. Zanim się obejrzę będą mieć wyłącznie swoje sprawy, co do których niechętnie mnie dopuszczą.
Dlatego teraz, póki jeszcze mnie potrzebują staram się spędzać z nimi czas. To nie poświęcenie, to wspólne bycie. Jesteśmy razem i cieszymy się swoją obecnością – tylko tyle i aż tyle. Oczywiście, że nie wiszę nad nimi cały dzień, pozwalam im bawić się samym, a nawet nudzić, ale każdego dnia robimy coś razem.
Codziennie czytamy książki – ostatnio Fefin zaczyna mi czytać :), bawimy się, spacerujemy, a przede wszystkim rozmawiamy. Wiem, że to nie poświęcenie ale budowanie przyszłych relacji. Przypomina mi się znany slogan:

Dziecko to walizka – co do niej włożysz to później wyjmiesz

Teraz jest ten czas kiedy napełniam walizki moich dzieci. Wkładam w nie mój czas, zainteresowanie drugim człowiekiem i całą masę uczuć. Wierzę w to, że kiedyś do mnie wrócą.

Co bym mogła robić w tym czasie gdybym akurat nie „poświęcała” go dzieciakom? Pewnie mogłabym przyłożyć się do pracy i napisać jakiś superważny, fantastyczny artykuł naukowy – trochę trudno pisać kiedy co pięć minut kto czegoś chce, ale niech tam.
Mogłabym pewnie bardziej zadbać o porządek w domu – wylizane podłogi i równo poukładane na półkach.
Wreszcie mogłabym zadbać o siebie – wyjść do kosmetyczki, albo na kawę.
A i oczywiście mogłabym znaleźć „prawdziwą” pracę – taką 40h tygodniowo plus dojazdy. Mogłabym.
Dzieci w tym czasie mogłyby bawić się same, z babcią, z tatą, albo pójść do świetlicy/przedszkola. Oczywiście, że nic by się im z tego powodu nie stało, ale nie o to mi chodzi.

Mam dzieci po to, żeby z nimi być! Za kilka lat wróci moje „prawdziwe” życie – znowu będę mogła czytać książkę na tarasie, będę mogła sama wyjść z domu i nie patrzeć nerwowo na zegarek, że już powinnam wracać. Może zacznę „prawdziwą” pracę? Może będę robić w życiu coś ważniejszego, ciekawszego niż teraz? Może…

Teraz jednak jest mi dobrze tak jak jest, na pytanie ile czasu poświęcam moim dzieciom odpowiem z przekonaniem: nie poświęcam im ani minuty! Bycie z moimi dziećmi to mój sposób na teraźniejszość, moje obecne „way of living”, a nie poświęcenie.

Czego i Tobie życzę 🙂 Jeśli masz na podorędziu jakieś dziecko to zamiast poświęcać czas na internet idź i cmoknij je w czoło – jutro może prychnie i wytrze ostentacyjnie ślad całusa