Dieta? Przecież to bez sensu!

Nigdy w życiu się nie odchudzałam. Słowo dieta zawsze było dla mnie abstrakcyjne. Owszem czasem ograniczałam słodycze albo na stałe zmniejszyłam ilość soli, ale żeby zaraz dieta? Jem co lubię i nie mam problemów z wagą – geny. Teraz nie jem mięsa, ale to znowu kwestia nie diety i umartwiania się, ale po prostu mięso przestało mi smakować. Nie współczucie dla zwierzątek, ale smak. Dlatego nie mówię o sobie, że jestem wegetarianką, a raczej, że nie jem mięsa. To żadne dla mnie wyzwanie.

Jednak o co mi dzisiaj chodzi?
Znowu przeczytałam książkę, która mi namieszała w głowie, i znowu Udo Pollmer. Poprzednia książka zachwiała moją wiarę w bio i eko (Eko i bio to jednak ściema!), ta dotyczy zdrowego jedzenia.

Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia.

Tak jak i poprzednio Pollmer przy pisaniu książki przekopał się przez tysiące badań i publikacji z dziedziny medycyny i odżywiania, i znowu dowodzi, że tak naprawdę wszystko to ściema. Wszystkie diety, wskazówki i wytyczne to tak naprawę „odkrycia”, które nie zawsze mają sens.
Na pierwszy ogień idą kalorie – liczenie ich tak naprawdę na nic się zdaje, bo tak naprawdę 100g takiego samego produktu może mieć inną liczbę kalorii. W zależności od tego, gdzie roślinka rosła albo co kurka zjadła za życia 🙂
Później możemy poczytać o witaminach i minerałach – teraz to świetny rynek – wszystkim brak witamin, więc musimy je kupować i konsumować. Jak ludzkość przetrwała dotąd bez suplementów? Przecież drzewiej zimy bywały mroźne, a w sklepach nie było tylu warzyw i owoców co teraz.
Kilka rozdziałów dotyczy tego, co i dlaczego jemy i tego, jak mechanizmy rynkowe próbują nami manipulować. Co rusz dowiadujemy się o szkodliwość/zaletach jakiegoś produktu. Kupujemy, delektujemy się, a potem wracamy do starych nawyków – ufff to normalne, że nie smakują mi wszelkie zdrowe glony 😛
Aż wreszcie na tapecie pojawia się DIETA. Pollmer udowadnia to, co do czego nigdy nie miałam wątpliwości.

żadna Dieta nie ma sensu

Nie podważam oczywiście diety przy chorobach typu cukrzyca czy celiakia, chodzi mi o diety, które mają sprawić, że będziemy młodzi, szczupli i sprawni. Tak to się nie da!
Nigdy nie przykładałam jakiejś szczególnej wagi, do tego co jem, ale nigdy nie miałam problemów z wagą. Zawsze byłam szczupła. Moja madre za to całe życie usiłowała się odchudzać i nigdy jej nie wychodziło, a nawet jeśli to na krótko.
Efekt jojo znamy, znamy, ale skąd to się bierze? Wreszcie wiem! W końcu ktoś to wyjaśnił w przystępny sposób. W skrócie chodzi o to:
Każdy z nas ma ponderostat – mechanizm regulujący jaka waga psuje do naszego wzrostu i budowy ciała, który zajmuje się tym, ile możemy zjeść (żeby nie pęknąć) i który daje nam znać, że jeszcze mamy jeść- żebyśmy dostarczyli sobie odpowiednią dawkę energii. Ale, żeby nie było tak łatwo – ponderostat mierzy tylko ilość energii a nie rodzaj i ilość pokarmu – ergo im „zdrowsze” jedzenie tym więcej go zjemy – dużo więcej jarmużu niż hamburgerów :D- aby ponderostat dał hasło – stop, mam wystarczająco dużo paliwa.
Każdy ma ustalony tzw set point – czyli odpowiednią dla siebie masę ciała. Oczywiście da się go „przestawić”, ale tylko w górę! Mało ruchu i dużo kalorii – otyłość i nowy set point, nowa „idealna waga”, zwykle nie idealna z punktu widzenia „trendów”.

Na skutek diety organizm dowiaduje się, że pojawia się głód! Trzeba więc odkładać zapasy, a nie spalać dostarczane kalorie. Więc masa ciała po zaprzestaniu diety pomału, acz regularnie rośnie.

Ale tak poza tym jedzenie jest miłe, zwłaszcza rzeczy smacznych. Jedzenie uspokaja, łączy, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Jednak czasem może okazać się uzależniające, apetytem na czekoladę, rządzi ten sam mechanizm co „głodem” narkotykowym.

Dziwne? Może, ale na pewno bardzo ciekawe. Czytałam tę książkę ciągle zaskoczona, że to tak działa, że tak naprawdę wszystko jest w głowie, że nie bardzo mamy wpływ na to, co lubimy jeść i co nas odrzuca. Gdybym miała podsumować jednym zdaniem: można jeść wszystko byle z umiarem i dobrej jakości. Odrzucamy ersatze i żywność typu light. Jeśli czekolada to z „tłustego” kakao i z prawdziwymi orzechami 🙂

Ciekawa jestem – masz na swoim koncie jakąś dietę? Skuteczną oczywiście 😀