Zero waste – prosto do śmieci?

O idei zero waste, w dużym skrócie, już raz pisałam (Zero waste – kolejna moda). Dzisiaj wracam do tematu śmieci z nieco innej strony.
Jakiś czas temu dołączyłam do grupy fejsbukowej o tejże tematyce. Chciałam poczytać o różnych eko-oszczędnościowo-recyklingowych rozwiązaniach. Na początku wydawało się być miło i sympatycznie.
Z czasem zaczęły się pojawiać mniejsze i większe awanturki – jak wszędzie. Gdzie dwoje tam trzy opinie, a jak już więcej luda się zejdzie to hohoho- sama rozumiesz. Jakoś udaje mi się to zdzierżyć, chociaż coraz mniej mnie to bawi.
Najbardziej agresywni są neofici wszelkiej maści. Ci, którzy właśnie odkryli istnienie bawełnianych toreb, albo którzy wczoraj zjedli ostatniego kotleta w życiu. Dowiedzieć się można, że jedzenie mięsa (produkcja tegoż) tak bardzo obciąża środowisko, że żadne torby wielorazowe nie są w stanie tego wynagrodzić, a mięsożercy to samo zło! I tak na przykład, ktoś chwali się, że kupił pieczywo do swoich lnianych woreczków, a szynkę do własnego pojemnika. Kilka osób chwali, a kilka glanuje za szynkę. Potem jedni drugich obrzucają nomen omen mięsem – robi się jatka wege contra reszta świata.

Wczytując się w grupę niestety coraz częściej dochodzę do wniosku, że etykieta zero waste często bywa tylko przykrywką dla zwykłego dziadowania. Ludzie patologicznie skąpi, przywiązani do swoich rzeczy określają się mianem ekologów. W ramach ponownego użycia produkują śmieci, ale są to śmieci
niezwykle użyteczne:
 – chodniczki udziergane ze starych rajstop
– ściereczki do naczyń – także z rajstop utkane (wizja resztek jedzenia i tłuszcz w splotach trochę mnie przeraża)
– kwietniki ze starych butów (wsypać ziemi i wsadzić kwiaty. Można też spryskać jakimś kolorowym lakierem wodoodpornym żeby było ładniej. Fajnie to wygląda)
– ozdoby ze skórek mandarynek (powycinałam z nich gwiazdki i porozrzucałam na świątecznym stole, potem tak sobie leżały do wiosny)
– wielorazowe szmatki zamiast papieru toaletowego (serio!)
– free bleeding – nie chcesz tego wiedzieć 😀
– ozdóbki i durnostojki ze śmieci – jasne, że tak!

Ewentualnie rzeczy zepsute, połamane, nie działające tak jak powinny, używane są mimo tego, że można by je wymienić na coś nowego. Okazuje się, że połamany opiekacz grożący oparzeniem w sumie opieka więc chyba może być. Piekarnik, w którym nie działa termostat też jest ok.

Jeszcze innym działem zerołejstu jest higiena osobista – dowiedziałam się, że można myć się za pomocą samej wody, włosy też. Może i da się to zrobić, ale ja lubię pachnącą pianę pod prysznicem! Włosy podobno przez pierwsze kilka (sic!) miesięcy są tłuste, ale potem piękne. Ok, ale czy te kilka miesięcy w czapce trzeba spędzać?
Używałam wielorazowych pieluszek u dwójki dzieci, ale podpaski wielorazowe jakoś mnie nie przekonują.

Toczą się tu też dyskusje na tematy tak szalone jak na przykład jak zrecyklingować bambusową szczoteczkę do zębów? No jak to jak – kijek do kompostu, a włosie wyskubane po włosku do odpadów zmieszanych!

Nie opuszczam grupy, bo co i rusz pojawia się coś ciekawego. Tak naprawdę lubię ją (grupę), ale czasem dochodzę do wniosku, że jednak się do tego nie nadaję: hedonizm w postaci pachnącej kąpieli, soczewki zamiast okularów, używanie kosmetyków do makijażu, a potem demakijaż – to wszystko jest tak bardzo nie zero waste!

A najbardziej obciążające dla środowiska naturalnego jest życie, chyba, takie opinie na grupie też widuję 😀