Credo, creo, Wielkanoc

Kończy się Wielkanoc, wreszcie odpocznę od „jajecznych reklam”. Od dobrego miesiąca wszędzie atakowały mnie reklamy namawiające do kupowania, bo idzie Wielkanoc! Święta, trzeba kupować, kupować, kupować. Potem siadać i jeść, aż do pęknięcia, a potem wyrzucać wszystko czego za dużo.
Od jakiegoś czasu święta mają tylko merkantylny wymiar. W mediach nie ma właściwie mowy o duchowym wymiarze, wszystko sprowadzone jest do radosnego konsumowania z okazji dni wolnych od pracy. Wszędzie króliczki i czekoladowe jajeczka.
A ja ciągle jeszcze szukam w tym wszystkim większego sensu. Boksuję się z moją wiarą, ciągle zastanawiam się, czy mam rację czy marnuję czas idąc do kościoła. Czy patrząc na Zmartwychwstałego dotykam Absolutu czy wierzę w bajkę. Czy Bóg jest miłosierny czy wręcz odwrotnie. Ja cierpię kiedy moje dzieci są chore, a On skazał Syna na ukrzyżowanie. A ja w to wszytko wierzę? Idę do spowiedzi (raz w rok jestem w stanie się zmobilizować), chociaż buntuję się przed opowiadaniem o sobie obcemu facetowi za kratką. Zazdroszczę tym, którzy wierzą i nie mają wątpliwości.
Moja wiara ciągle jest dość rozkolebana. Trudno mi mówić jedynie dobrze o kościele, w którym bogaty, pełen pogardy facet opowiada, ze drogie auta dostaje od bezdomnych. Niechętnie przyznaję, że wierzę w tego samego co ci, którzy mając usta pełne frazesów nienawidzą innych ludzi.
A jeżeli to wszystko bzdura? Jeżeli źle wybrałam? Może tak naprawdę po śmierci niczego już nie ma? Nie ma Zmartwychwstania? Żadnych cudów, świętych, Nieba? Może szukam czegoś więcej tam gdzie niczego nie ma?
Nie jestem fanatyczną katoliczką, nie noszę krzyża w dłoniach, nie pouczam, nie nawracam. Jestem raczej letnia, wierzę, uczestniczę, modlę się i śpiewam „święte” pieśni. Staram się żyć dobrze, przy okazji w zgodzie z wiarą. Nie znoszę katolików hipokrytów, tych co to co niedziela do komunii, a na co dzień bliźniego topią w łyżce wody. Boję się nawiedzonych, którzy wszystko wiedzą lepiej.
Coraz częściej widzę, że bycie katolikiem dla wielu równa się z byciem oszołomem, bezwolną istotą sterowaną przez”sukienkowych”, z ciemnogrodem i zacofaniem. I mierzi mnie to okrutnie. Skoro jestem feministką nikomu to nie przeszkadza, kiedy mówię, że jestem za prawem do aborcji – mówię z sensem. Jednak kiedy deklaruję, że chodzę do kościoła budzę zdziwienie, czasem rozbawienie.
A przecież to moja sprawa w co wierzę. Czasem idąc odmruczam sobie „koronkę”, to prawie jak mantra, uspakaja i pozytywnie nastraja. Kiedyś gdzieś o tym napisałam czy powiedziałam – było wielkie zaskoczenie, jak to taka postępowa osoba a nie dość, że się modli to jeszcze się do tego przyznaje?
Nie afiszuję się z moją wiarą, ani jej nie ukrywam. Po prostu wierzę. Czy to takie dziwne?