Rezerwat dzikich dzieci – zdjęcia

Czasem mam dość swoich dzieci i chętnie pozamykałabym je w klatkach. Wiem, wiem to bardzo niehumanitarne rozwiązanie. Na szczęście od kilku dni działa w Lublinie

Rezerwat Dzikich Dzieci

Idea jest prosta – ogrodzony teren, duża przestrzeń, trawa, drzewa, krzaki, staw i profesjonalna opieka. Dzieciaki dostają narzędzia, deski, sznurki etc i tworzą co im w duszy gra. Zakaz wstępu dla rodziców (w weekend można) i dzieci poniżej 7 roku życia. W tym roku „rezerwat” otwarto 12 maja i ma działać do końca października (jak pogoda pozwoli).
Nie ma co pisać, lepiej pokazać – Lublinian zachęcam, reszta niech nam zazdrości 🙂

rezerwat

Po wejściu na teren rezerwatu można zachowywać się swobodnie: biegać, krzyczeć, tarzać się w trawie. Nic nikogo nie dziwi. Jedynie agresja nie jest tolerowana.
Dzieciaki dostają do rąk prawdziwe narzędzia.

Co mnie jako rodzicielkę przyprawia o lekkie drżenie serca, no dobra, po prostu obawiam się o całość palców nienawykłych do młotka.

Nie ma narzuconych „tematów”, każdy buduje co chce, albo dołącza się do innej ekipy. Fef budował statek.

Nie tylko machał młotkiem, ale też sam dowoził materiały budowlane 🙂

My z Panienką postanowiłyśmy pozwiedzać rezerwat. Znalazłyśmy szklarnię z rachitycznymi póki co pomidorami.

Oraz staw z prawdziwymi żabami.

Później poszłyśmy do miejsca dostępnego dla maluchów czyli do kuchni błotnej. Woda, piasek i mnóstwo garnków, łyżek, misek i wszystkiego co niezbędne do „gotowania”.

Rezerwat to miejsce gdzie można wyluzować, rodzice mogą siąść na leżaku i nic nie robić, patrzeć w chmury i odpoczywać. Główne zasady przyświecające rezerwatowi można streścić na poniższych zdjęciach

To miejsce w centrum miasta jest dowodem na to, że aby dobrze się bawić wcale nie trzeba „prawdziwego” placu zabaw, sztampowego i pełnego plastiku. Tu dzieci mogą robić co im do głowy przyjdzie, a dorośli nie muszą się wtrącać. Rezerwat od razu skradł serca moich bacho, dopytują kiedy znowu się tam wybierzemy. Coś czuję, że często będziemy tam wpadać 😀

Tylko jedna rzecz mnie nieco zasmuciła, po zakończeniu zabawy większość rodzin wsiadło w zaparkowane pod rezerwatem samochody. My poszliśmy na przystanek mpk, właściwie nikt nie przyjechał rowerem, a wydawało mi się, że „towarzystwo” raczej świadome ekologicznie, a do tego „lewacy i cykliści”. 😛