Przedszkole – dzień otwarty

Dawno temu, zanim pojawiły się dzieci, nie przyszło by mi do głowy, że przedszkole może organizować dzień otwarty. Do przedszkola dziecko się zaprowadza, zostawia przy jego aprobacie, raczej mniejszej niż większej i tyle. Oczywiście wcześniej do owego przybytku należy się dostać, ale to zupełnie inna historia.
Fef nie uczęszczał, Panienka z racji, że brat co dzień do szkoły bieży, zażyczyła sobie gdzieś chodzić.

I tak oto dzisiaj udaliśmy się całą rodziną na „dzień otwarty”. W sali na podłodze siedziało stadko dzieci w wieku od 2 do 4 lat. Każde z rodzicem, większość z dwojgiem. I pani, która słodkim, aż nazbyt, głosem zachęcała do różnych czynności. Zaliczyliśmy lepienie słoneczka z masy plastycznej, udawanie deszczu, zabawę z chustą, tańczenie i śpiewanie. I to wszystko z wielkim zaangażowaniem rodziców. Moje wprawne socjo-oko od razu wyłapało rodziców jedynaków. Włączali się w zabawy znacznie bardziej niż ich dzieci i dawali dziecku do zrozumienia, że taaaak fantastycznie się bawią. Część dzieci podchodziło do zabaw z niejakim sceptycyzmem, ale nie rodzice. Jedna z mam, na oko w moim wieku, a więc starszak, osiągnęła jak dla mnie poziom zaangażowania lvl master. W zabawie w „starego niedźwiedzia”, aby dać dziecku przykład położyła się z nim na środku sali i „spali”. Ja aż tak ambitną mamą nie jestem.

Po niespełna godzinie „dzień otwarty” się skończył. Zaczęły mnie nachodzić refleksje (zupełnie jak młodą lekarkę na rubieżach).
Dlaczego większość rodziców była w wieku 30+ a nawet bardziej? Pewnie młodsi rodzice znają lepsze metody spędzania czasu niż zaznajamianie się z przedszkolem, do którego pójdzie ich dziecię.
Dlaczego większość rodziców przyszło w komplecie? Bo są bardzo świadomi tego, ze oboje są potrzebni?
Czy my nie przesadzamy z tym zaangażowaniem? Nasi rodzice po prostu zapisywali do przedszkola i tyle. A teraz dni otwarte, dni adaptacyjne, rodzice mogący siedzieć w sali dopóki dziecko się nie oswoi, kamery dzięki którym można cały czas podziwiać pociechę etc. Chuchamy, dmuchamy, głaszczemy.
Już mi się oczy szklą na myśl, że Panienka pójdzie do przedszkola, coś czuję, że nie ona będzie ryczeć. Przecież to normalne, że dzieci rosną i pomału wychodzą z domu. Z jednej strony mamy tego świadomość i tęsknimy za czasem dla siebie, z drugiej chcemy te dzieci jak najdłużej trzymać za rękę. Rodzicielstwo bliskości i nauka samodzielności – dwie strony tego samego medalu. Al e komu ten medal się należy? Temu kto mniej przeżywa?