Znowu na Węgrzech – wakacje w ciepłej wodzie raz jeszcze

Wakacyjnych wojaży ciąg dalszy. Drugą część wyjazdu (o którym pisałam tu – klik klik) spędziliśmy na Węgrzech. Najśmieszniejsze jest, że ja tak naprawdę nie lubię Węgier. Nie podoba mi się język, miasta, ludzie są jacyś nie tacy, no i Jarkacz ich uwielbia.

Jakim więc cudem znowu wylądowaliśmy na Węgrzech? Szukałam najbliższych ciepłych źródeł, Słowacja ze swoimi cenami i hałaśliwymi atrakcjami odpadła w przedbiegach. Okazało się, że 400 km od Lublina jest Sarospatak, z Bieszczad było dużo bliżej więc tam nas poniosło.

Może kojarzysz hasło „biblia szaroszpatacka”? Ja sobie na miejscu przypomniałam, że coś gdzieś słyszałam. Za to hasło Tokaj na pewno Ci się dobrze kojarzy! Tak, to też tam niedaleko.
Jeśli szukasz atrakcji to mówię zdecydowanie:

NIE JEDŹ DO SAROSPATAKU!

Serio, są ciekawsze miasta na Węgrzech. Tam są baseny termalne, zamek i kościół. Tyle. Żadnych dodatkowych bajerów, a do tego życie nocne, kawiarniane czy jakiekolwiek nie istnieje.  Mieszkaliśmy w apartamencie w samym centrum miasta (Apartaman Rakoci jakby ktoś coś), a było cichutko jak na wsi. Za oknem cmentarz, ale obok duży hotel i chyba większość sklepów. Nuda, spokój, cisza – nam odpowiadało.

Pojechaliśmy tam „do wód” więc tak naprawdę to nam wystarczyło. Dwa dni spędziliśmy na basenie. Cały kompleks składa się z 7 basenów, w tym dwa pływackie. Najcieplejszy i najpełniejszy emerytów miał 36 stopni.

Ludzi sporo, co śmieszniejsze bardzo dużo Słowaków, czyżby u nich za drogo? Basen nieco odrapany, jedna niecka nawet wyłożona gumą zamiast płytek, ale w sumie czysto (raczej). Dobrze rozbudowana strefa gastronomiczna – Langosz! I przede wszystkim dużo miejsca. A i doskonałe ceny. 6000 huf za cały dzien dla 4 osobowej rodziny – dla porównania, u nas coś koło tego tyle kosztuje 75 minut w Aqua Lublin. Wymoczyliśmy się za ostatnie dwa lata – poprzednio byliśmy w Egerze (tu pisałam o tym klik, klik )

Na parę godzin skoczyliśmy do Tokaju, miasto równie senne, ale więcej turystów i otwartych lokali. Generalnie – szału ni ma. Ale na Węgrzech mnie to nie zaskakuje. Zauważyłam już, że kompletnie nie przykładają wagi do tego, żeby zadbać o turystów, nie myślą o reklamie. I w ogóle jakieś to wszystko rozmamłane. Tam wszystko jest takie jakby czas wolniej płynął. Zegarki Orient w tej sytuacji zupełnie by odpłynęły, okazałoby się, że pokazują czas, który Węgrom jest obojętny. To nie to samo co hiszpańskie rozleniwienie, to raczej marazm. Stupor wręcz chwilami.

Poszliśmy na zamek – mają niezły plac zabaw i spory park, to muszę przyznać, ale do zamku nie weszliśmy. Był spis atrakcji do zwiedzania – po węgiersku oczywiście – całodzienny bilet 4 tys huf od osoby. Pozostałe jakoś taniej, ale miałam kupować w ciemno? A czy ja wiem co mi się spodoba? Szukałam wersji angielskiej lub niemieckiej, była, owszem przyklejona centralnie na blacie u pani sprzedającej bilety. Mogłam poczytać zaglądając przez ramię kupującym, pod warunkiem, ze nie zasłaniali rękami lub pieniędzmi i dawali zajrzeć. Nie pchałam się więc nie przeczytałam. A przecież wystarczyło powiesić obok węgierskiej wersji…

Za to pilnują przepisów jak nikt inny. Kilka lat temu w Budapeszcie w muzeum babka latała za turystą krzycząc: dilit, dilit! Bo zrobił zdjęcie, a nie wolno. Nas pogonił ratownik bo nie zauważyliśmy napisu:

Co zresztą jest bez sensu, bo obok był brodzik dla dzieci od 6 m-cy i tam rodzice mogą wchodzić.

W mieście bardzo dużo pustostanów co dziwi, bo można by naprawdę zarabiać na turystach – gdyby komuś się chciało zareklamować odpowiednio. I coś co nas zachwyciło – bociany, mnóstwo bocianów. I pewnie znowu mimo tego, że nie mam zamiaru wracać, któregoś lata wylądujemy na Węgrzech, wracamy tam jak te bociany. Do wody, ciepłej wody 😀