Bieszczady z dziećmi – dały radę!

W tym roku obraliśmy kurs na Bieszczady. Wróciłam tam po… 30 latach, wiem jak to brzmi 🙂 Pierwszy (i ostatni) raz byłam w Bieszczadach w podstawówce na rajdzie harcerskim. Wtedy wdrapałam się na Caryńską i zapałałam miłością do Bieszczad (ów), jednak nie na tyle silną, żeby się tam wcześniej wybrać. bieszczady

Wybór był prosty, bo głównym kryterium była odległość. Znaleźliśmy miejscówkę w Lutowiskach i było naprawdę cudnie. To nie jest wpis sponsorowany przez Stanicę Chreptiów :), ale muszę o niej napisać. Mieliśmy dostać pokój z dostawkami, ale dostaliśmy apartament składający się z dwóch pokoi, bo akurat był wolny. W tej samej cenie oczywiście. Stanica urządzona w stylu nawiązującym do „Potopu” i „Ogniem i mieczem”. Dużo drewna, stylowe meble, wygodne łóżka. W pakiecie były śniadania i obiado-kolacje co było wyborem idealnym. Jedliśmy kiedy nam się udało wrócić czyli raz o 17-stej, a raz o 19-stej. Bardzo sute porcje, dla dzieci za duże. Ja nie miałam problemu z dostaniem wersji wegetariańskiej.

Dzieci szybko się nudzą, więc pobyt był krótki acz intensywny. Pierwszego dnia pojechaliśmy do Soliny. Zapora robi duże wrażenie, niezapomniane zwłaszcza dla Fefina, który zgubił na niej zegarek. Pochylił się podniesiony przez ojca i barierka zepchnęła mu zegarek prosto do wody. Ludzi na zaporze jak na Krupówkach, kramów z „pamiatkami” równie dużo. Atrakcji tyle, że głowa boli. To już nie te Bieszczady i „wzgórza nad Soliną”.

Wesołe miasteczko, rytmiczna muzyka i te tłumy! Na każdym kroku okazja do pozbycia się kasy. Dobrze, że moje dzieci są raczej odporne, albo wiedzą, że mnie nie łatwo przekonać do byle zabawki. Tłumaczę zawsze, że nie warto kupować czegoś co można kupić wszędzie. Dlatego z każdego wyjazdu wracamy z okolicznościowymi magnesami 😀

Darowaliśmy sobie rejs statkiem, ale zdecydowaliśmy się na pływanie rowerem. Kapoki i jazda, oczywiście towarzystwo dość szybko się znudziło. Następnym punktem programu była kąpiel w Solinie! Kamienista plaża i woda o temperaturze 19 stopni nie była nam straszna. Zdaje się, że Panienka pierwszy raz kąpała się w jeziorze!

Drugi dzień przeznaczyliśmy na prawdziwe Bieszczady czyli na wspinaczkę. Z pewną taką nieśmiałością wybraliśmy się na Tarnicę. Na dole było napisane, ze trasa to nieco ponad 2h. Wiedziałam, że z dziećmi będzie NIECO dłużej – było ponad 4! Ale dali radę! A trasa wcale nie była łatwa, niby nie było stromo, ale bardzo często były schody mające chyba ułatwić drogę. Oj nie ułatwiały.

Panienka na widok szczytu majaczącego hen przed nami miała mały kryzys. Byłam skłonna zostać z nią na ostatnim punkcie wypoczynkowym, ale poniesiona na rękach dała się przekonać. Po ok 200 metrach powiedziała, że może dalej iść sama. Doszła na Tarnicę! Na sam szczyt! Fefin oczywiście też, ale on ma ponda 8 lat a ona niespełna 5. Najwyższy szczyt nasz!

Zejście zajęło nam ok 2h z czego spory kawałek dzieciaki biegły. Skąd oni biorą siły?

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na Polańczyk. Było chłodno i zanosiło się na deszcz. Udało nam się jednak pospacerować po kurorcie, dzieciaki skorzystały z placu zabaw i parku linowego i właściwie tyle. Budy z pamiątkami były, a i owszem, ale w porównaniu z Soliną to było ich ledwie kilka.

Intensywny pobyt uzupełnialiśmy wieczornymi spacerami w akompaniamencie świerszczy. Zdecydowanie odpoczęły mi uszy, cisza w Bieszczadach jest cudowna, a do tego zieleń i świeże powietrze. Musimy to kiedyś powtórzyć.

Po powrocie wpadłam w szał remontowy. Udało nam się z podłogą w jednym pokoju, ale marzy mi się jeszcze parę zmian w kuchni. Idealny byłby remont generalny taki z panelami, ogrzewaniem podłogowym itp. I oczywiście meble kuchenne na wymiar. Mamy dużą kuchnię więc warto ją nieco zracjonalizować. Przeglądam oferty w sieci i widzę, że robienie mebli na indywidualne zamówienie, zwłaszcza do kuchni to dobry pomysł.